Zapiski z Notatnika córki Pani Alzheimer – Martusiu, przepraszam

Zapiski z Notatnika córki Pani Alzheimer – Martusiu, przepraszam

 

Toksyczna przyjaciółka

Zdecydowałaś się przeprowadzić do Warszawy, kamień spadł mi z serca. Na chwilę sytuacja się uspokoiła, znów potrafiłyśmy ze sobą rozmawiać. Ba! Nawet wspólnie planowałyśmy, jak to będzie, kiedy będziesz blisko mnie.

Roztaczałam przed Tobą wizje wspólnie spędzanego czasu: spacerów z oczekiwanym wnuczkiem, wspólnych pogaduszek przy kawie, obiadów, wyjść do teatrów, kin. Bycia z nami codziennie, robienia zakupów, a przede wszystkim – braku samotności, która powoli stawała się Twoją najlepszą, choć toksyczną, przyjaciółką. Przyjaciółką, która wkradała się w każdą część Twojego życia. Wypełniała Twój umysł i ciało do tego stopnia, że odczuwałaś ból psychiczny – cierpienie, które przekładało się na Twoje fizyczne funkcjonowanie.

Coraz częściej narzekałaś na zdrowie, kości Cię bolały, kręgosłup wysiadał. Twoja postawa bardzo się zmieniła. Zawsze chodziłaś wyprostowana, pewna siebie, z głową dumnie uniesioną do góry. Teraz stawałaś się skuloną, utykającą staruszką ze smutkiem wypisanym na twarzy.

Patrząc na Ciebie, chciałam Cię ochronić. Nasze role zaczynały się odwracać, to ja przejęłam obowiązki mamy względem Ciebie. Było mi ciężko, ale starałam się blokować ból, który rozlewał się po całym ciele.

Miałam wrażenie, że momentami chwytasz się przyszłości, którą tak pięknie Ci nakreśliłam. Zaczęłaś żyć tymi planami, pamiętałaś o nich. Oczywiście codziennie przypominałam Ci, jak wspaniale nam będzie. Wbijałam to do głowy niczym mantrę, zarówno sobie, jak i Tobie. Choć bałam się tego, co się stanie. Czy na pewno podołam?

Ja, za chwilę świeżo upieczona mama, przerażona swoją nową rolą, niewiedząca, czego może się spodziewać po macierzyństwie plus ja, która wchodzi w rolę opieki nad Tobą, prowadząca Cię za rękę przez kolejne lata.

Byłam przerażona, ale Cię potrzebowałam.

 

Nadprzyrodzona moc

Również dla siebie chciałam mieć Cię blisko. Być z Tobą, dzielić się szczęściem i trudami, które dopiero miały mnie spotkać. W końcu zawsze byłaś moją najlepszą przyjaciółką, przewodniczką, najważniejszą osobą w moim życiu.

Szczerze wierzyłam, że mam jakąś nadprzyrodzoną moc, która sprawi, że jak będziemy razem, to choroba się zatrzyma. Będzie lepiej. Nasza relacja, więź, miłość matki i córki przecież były tak silne, że wydawałoby się – pokonają wszystko. Tak wiele już razem w życiu przeszłyśmy i nic nas nie złamało… Jakiś głupi Alzheimer, też nie da rady!

Naprawdę w to wierzyłam. Mimo świadomości i wiedzy teoretycznej, którą posiadałam na temat Twojej choroby. Siła umysłu, umiejętność wmawiania sobie pewnych rzeczy – to po prostu coś niesamowitego. Chociaż na chwilę zapominałam o tym, co złego nas czeka i kurczowo trzymałam się tylko tych dobrych wyobrażeń o wspólnych chwilach.

 

„Dzień świstaka”

Nasz spokój jak zwykle nie trwał długo. Samo wizualizowanie sobie niedalekiej przyszłości sprawiało Ci przyjemność, ale to były tylko plany, których realizacja wydawała się tak odległa. Dopóki nie zabraliśmy się za działanie było dobrze, a działać trzeba było szybko, bo tuż obok naszego domu powstał nowy blok, w którym mieszkania rozchodziły się, jak ciepłe bułeczki. Miałybyśmy do siebie 5 minut, spacerem. Nie mogłam przepuścić takiej okazji! Natychmiast zaczęłam realizować pierwszy punkt z naszego planu: kupno mieszkania blisko nas.

Uradowana zadzwoniłam do Ciebie i co? Dostałam obuchem w głowę: „nie przeprowadzę się, to jednak zły pomysł, chcę tu zostać”. Twoje tłumaczenie było identyczne, jak wcześniej: „starych drzew się nie przesadza, kocham ten dom, tu mam ogród, rodzinę”… Słyszałam to wiele razy, ale byłam pewna, że mamy to już za sobą. Chociaż szczerze mówiąc, ten lęk gdzieś we mnie pozostał. Tyle że skutecznie go wypierałam. Niestety, w tym trudnym czasie mechanizmy tłumienia nieprzyjemnych dla mnie emocji działały rewelacyjnie. Dlatego też tak bardzo przeżyłam ten nagły zwrot akcji.

Szok i niedowierzanie.

Od razu pojawiły się łzy, ścisk w brzuchu i walące serce. Jak to, Mamo? Przecież się umówiłyśmy? Przecież obiecałaś? Rozmowa telefoniczna kompletnie nie miała sensu. Do niczego nie prowadziła. Natychmiast w mojej głowie pojawiła się wizja  tego, że zostajesz sama w domu, gubisz się, a ja nie mam z Tobą kontaktu. Ktoś Cię napada albo nie wiesz, jak wrócić do domu. Dzwonię i dzwonię, telefon nie odbiera, a ja nie mogę natychmiast do Ciebie jechać, bo mam małe dziecko… Takie koszmary towarzyszyły mi codziennie.

Po rozmowie z Tobą od razu zadzwoniłam do męża, jak zawsze w takich momentach. Cała rozdygotana, zapłakana mówię mu, że się nie przeprowadzisz, że znów to samo – jak w „Dniu świstaka”.

Czuję ukłucie w brzuchu, maleństwo zaczyna mocno kopać. Ciągły stres nie wpływa dobrze na ciążę. Gdy czuję maluszka siadam i momentalnie się uspokajam. Mąż również próbuje mnie wyciszyć.

Czuję się, jakbym była rozerwana na dwie części. Jakbym musiała żyć w dwóch równoległych światach: jeden z nich to świat mamy, drugi – mój. Mój dom, moja rodzina, moja ciąża. Miotałam się między jednym a drugim, próbując nie zaszkodzić sobie i dziecku, jednocześnie wspierając Ciebie. To było wykończające. Byłam na skraju wytrzymałości.

 

80-metrowa klitka

Mąż zaproponował, że pojedzie po Ciebie i zabierzemy Cię na oglądanie mieszkania, jak gdyby nigdy nic. Faktem jest, że i tak nie pamiętałaś naszych rozmów…

Umówiłam nas z przedstawicielką dewelopera. Przyjechałaś do nas chętnie. Lubiłaś z nami być i dobrze czułaś się w naszym domu. Byłaś uśmiechnięta i wyluzowana, bo najzwyczajniej w świecie nie pamiętałaś już naszej ostatniej rozmowy. Za to ja w środku miałam burzę z piorunami. Myślałam, że stres, złość, żal rozerwą mnie na strzępy. Mąż przyjął rolę mediatora między nami.

Byłam w takim stanie, że nie potrafiłam już normalnie z Tobą rozmawiać. Moje emocje sięgały zenitu. Z jednej strony – rozumiałam Twoje objawy, a z drugiej – zachowywałam się, jakbym nic o Alzheimerze nie wiedziała. Ciągle nieświadomie broniłam się przed akceptacją Twojej choroby.

Skapitulowałam. Moje złoszczenie się i łzy do niczego nie prowadziły. Ty zupełnie nie rozumiałaś, czemu się tak zachowuję. Bolało Cię to, co się między nami działo w danym momencie. Mąż ze swoim zbawiennym wpływem na Ciebie kolejny raz, spokojnie, bez nerwów nakłaniał Cię na przeprowadzkę…

Poszliśmy na spotkanie. Blok Ci się podobał. Mieszkania mniej. Były dla Ciebie za małe. Nic dziwnego, dotychczas mieszkałaś w wielkim domu z ogrodem. Rozumiałam to. Tłumaczyliśmy Ci, że wiele obowiązków z Ciebie spadnie. Obowiązków, które zaczynały sprawiać Ci trudność, np. odśnieżanie, czy sprzątanie kilkuset metrów kwadratowych. Mimo to nazywałaś 80-metrowe mieszkanie klitką, byłaś niezadowolona. Kiedy wyszliśmy i wróciliśmy do domu błagałam Cię, żebyś kupiła to mieszkanie, żebyś zrobiła to dla mnie. Przypominało to błaganie o litość.

Serce pękło

Znów się zgodziłaś. Tym razem kamień nie spadł mi z serca… Obawa tkwiła we mnie, jak drzazga pod skórą, której nie można wyciągnąć. Wiedziałam, że nie mam ani chwili do stracenia. Natychmiast zaczęłam działać: bank, zaliczka, notariusz. Wróciłaś do domu. Kolejna wizyta to podpisanie umowy z deweloperem. Do tej pory trochę się uspokoiłam. Ty – wręcz przeciwnie. Przerażała Cię wizja pakowania się. Jeszcze nie musiałaś tego robić, ale ciągle o tym myślałaś. Paraliżowało Cię to. Byłaś jeszcze bardziej zagubiona niż wcześniej…

Minęły dwa tygodnie i wróciłaś na umówione spotkanie. Pamiętam ten dzień, jakby to było dziś. Szykujemy się, ubieramy. Taksówka zamówiona. Byłam pełna spokoju i nadziei. Wychodzimy, wsiadamy do auta. Ruszamy. Po chwili milczenia mówisz:

„Martusiu, przepraszam, ale nie kupię tego mieszkania”.

Wstrzymałam oddech. Właściwie to nie wiem, czy go wstrzymałam, czy pod wpływem tego, co usłyszałam, po prostu nie mogłam dłużej oddychać. Po chwili wyjąkałam tylko, że przecież za 15 minut jesteśmy umówione i co ja mam teraz zrobić? Zamilkłam… Mój świat kolejny raz pogrążył się w totalnych ciemnościach, a serce jakby pękło na milion kawałków.

 

Zostaw komentarz!

Twój adres e-mail nie będzie widoczny.