Zapiski z notatnika córki Pani Alzheimer cz.3
fot. Elijah Henderson

To byli oni

Twój stan nie był lepszy. Niestety. Choroba nabierała tempa. Coraz gorzej sobie radziłaś. Byłaś sama w wielkim domu, który pogłębiał stan zagubienia. Przemierzałaś po nim kilometry dziennie w poszukiwaniu czegoś, co schowałaś sama przed sobą. Ja byłam w Warszawie. W ciąży. Dzwoniłaś do mnie po kilka razy dziennie informując mnie, że ktoś coś Ci zabrał, że ktoś Cię okradł. Używałaś stwierdzenia: ONI. Kim byli ONI? Próbą wytłumaczenia ciągłego zapominania i chowania wszystkiego w najmniej oczywistych miejscach? Być może… a może ONI rzeczywiście istnieli w Twojej świadomości ? Nie wiem.

Karteczki

Było coraz gorzej. Do pogorszenia Twojego funkcjonowania przyczyniło się też nieregularne branie leków. Odstawiałaś je sama, bo przez chwilę czułaś się lepiej, więc tłumaczyłaś, że nie są Ci już potrzebne. Kolejna teoria na odstawienie wałkowana przez nas non stop to, że organizm się już przyzwyczaił i nie pomagają. Trzeba od nich odpocząć. Żadną siłą nie mogłam Ci przetłumaczyć, że to nie tak działa, że musisz je brać regularnie. Nie można ot tak sobie przerwać brać leków na Alzheimera.

Widziałam od razu kiedy ich nie brałaś. Zmieniałaś się diametralnie, a pamięć przestawała funkcjonować do tego stopnia, że przestawałaś do mnie dzwonić, bo najzwyczajniej w świecie nie pamiętałaś mojego numeru. Kuchnia była oblepiona karteczkami z numerami telefonów do ważnych dla Ciebie osób. W sypialni też zostawiałaś takie notki. Próbowałaś chociaż trochę ratować swoją niezależność. Kiedy ktoś Cię odwiedzał zdejmowałaś te wszystkie zapiski, żeby nikt nie zorientował się, że jest tak źle.

Już nie jesteś moją mamą

Byłam w ciąży, nie mogłam już tak często do Ciebie jeździć. Nie rozumiałaś tego, bo nie byłaś w stanie zapamiętać, że będziesz niedługo babcią. To bolało. Jak to strasznie mnie bolało! Inaczej wyobrażałam sobie czas oczekiwania na moje pierwsze dziecko. Myślałam, że razem będziemy dzieliły tę radość. Niestety.

 

To wstrętne choróbsko powoli wszystko nam zabierało. Mi odbierało Ciebie, z czym nie mogłam się pogodzić, Tobie odbierało całą resztę: życie, wspomnienia i to co jest teraz. Wiedziałam, że to nie Twoja wina, że tak się zmieniłaś, że już nie jesteś moją MAMĄ – najlepszym przyjacielem, doradcą, wsparciem, ale i tak cierpiałam i nie potrafiłam tego zaakceptować.

 

Ciągle myślałam co zrobić, jak Ci pomóc? Powoli dochodziłaś do takiego momentu, że nie powinnaś być sama. Uważałam, że lepiej by było gdybyś była blisko mnie. Jeszcze ta ciąża. Musiałam na siebie uważać, kręgosłup mi wysiadał. Musiałam dużo leżeć. Jak to wszystko pogodzić? Później będzie maleństwo na świecie. Nie będę miała czasu jeździć w tę i z powrotem. Jak ja miałam sobie z tym wszystkim poradzić?

Ty robiłaś się nerwowa i podejrzliwa. Obwiniałaś bliskich, że coś Ci ukradli. Każdy to rozumiał, nie obrażali się, ale nie było to przyjemne. Na każde wspomnienie, o tym, że nie pamiętasz wściekałaś się. Bardzo Cię to irytowało. Mówiłaś, żebym nie robiła z Ciebie głupka, że jeszcze myślisz i sobie radzisz. W rzeczywistości wcale tak nie było, ale rozumiem, że chciałaś się czuć samodzielna, bo tę samodzielność ta choroba zabierała Ci jak mogła. To była walka. Cios za cios, ale to Ty ją przegrywałaś.

Starych drzew się nie przesadza

Uważałam, że musisz się przeprowadzić. Absolutnie nie możesz dalej być sama w tym domu. Musisz mieć kontakt z ludźmi na co dzień. Wychodzić, spacerować. Wprowadzić jakąś odmianę do swojego życia. Neurolog była tego samego zdania. Stwierdziła, że jak przeprowadzka, to właśnie teraz, bo później będzie to zbyt trudne i nie przystosujesz się do nowej sytuacji. Razem z moim mężem namawialiśmy Cię na ten ruch. Chcieliśmy żebyś była blisko nas. Przecież zaraz miałam urodzić synka – Twojego wnuczka. Byłabyś blisko, spędzałybyśmy razem czas. Miałam być na urlopie macierzyńskim przez rok. Rok w domu z dzieckiem i z Tobą. To była dobra wizja.

 

Opierałaś się jak mogłaś… Starych drzew się nie przesadza, mówiłaś. Każda rozmowa na ten temat była bardzo emocjonująca. Dla mnie przede wszystkim. Ręce mi już opadały. Nie wiedziałam jak z Tobą rozmawiać, żeby Cię przekonać, że ta przeprowadzka to absolutna konieczność, a nie moje widzimisię. Oczywiście kłóciłyśmy się o to. Ja za każdym razem płakałam, bo tak bardzo się o Ciebie bałam.

 

Dobrze, że w części tych rozmów brał udział mój mąż, który trochę równoważył to co się między nami działo. Potrafił też spokojnie do Ciebie dotrzeć. Kochałaś go jak syna. Był Ci bliski, ale może dzięki temu, że miałaś z nim mniej emocjonalne relacje potrafiliście się dogadać. Oczywiście nie znaczy to, że ot tak się zgodziłaś, ale zasiał w Tobie ziarno, które powoli zaczynało kiełkować.

Odwaga zwyciężyła

Rodzina była raczej przeciwna temu żebyś się wyprowadzała daleko od nich. Nie chcieli Cię puścić i też mówili Ci o tym, że nie powinnaś tego robić, że to zły ruch. Pewnie się o Ciebie bali tak jak ja. Pewnie nie wierzyli w to, że poradzisz sobie w nowym miejscu, ja też się tego obawiałam. Pewnie zadziałało przyzwyczajenie, bo zawsze byłaś obok. Opiekowałaś się nimi, pomagałaś, później oni pomagali Tobie. Tak całe życia. Aż tu nagle miało Cię nie być. Cała rzeczywistość wywrócona do góry nogami dla nich, dla Ciebie i dla mnie. Miałaś w głowie wielki chaos. Pomieszanie z poplątaniem. Nie ma się co dziwić. To bardzo trudna decyzja. Niewyobrażalnie trudna, ale Ty zawsze należałaś do odważnych i na szczęście znów ta odwaga w Tobie zwyciężyła.

Po wielu dyskusjach, kłótniach, łzach z jednej i drugiej strony, bezsilności mojej i Twojej, telefonach, kombinowaniu – zdecydowałaś się. Powiedziałaś, że przeprowadzisz się, zaznaczając, że na razie na próbę, ale ja już wiedziałam, że zostaniesz i o próbie nie ma mowy. Nie mogłam Ci tego powiedzieć wprost, bo nie chciałam Cię jeszcze bardziej odzierać z niezależności, której i tak zostało Ci bardzo niewiele.

 

Zostaw komentarz!

Twój adres e-mail nie będzie widoczny.